logo

prawo-polityka
Obraz prywatyzacji polskiej gospodarki

Obraz prywatyzacji polskiej gospodarki
Nie wszyscy zdają sobie sprawę, w jaki sposób, jak głęboko prywatyzacja zaciążyła na naszej współczesności, jak bardzo zdeterminowała stan gospodarki i nasze perspektywy na przyszłość - i jak negatywnie - bo przecież, że zaciążyła, to wszyscy się zgodzą.

Obraz tej prywatyzacji, jej przebiegu i skutków, opisał dr Ryszard Ślązak w imponującym dziele „Samozagłada polskiej gospodarki 1989-2016”. Znamienne jest, że wydawcą było Muzeum Historii Polskiego Ruchu Ludowego (Warszawa 2021) – dzięki mu za to, ale nie sposób nie wyrazić zdziwienia, że nie chciało lub nie miało odwagi wydać tego imponującego tomu (835 stron) żadne wydawnictwo naukowe lub uczelniane. I mądrze tytuł opatrzono dopiskiem „Lektura dla każdego rodaka”, bo choć ludzie nie zapominają, to przecież wszyscy powinni mieć możliwość zapoznania się z tak wnikliwym i solidnym obrazem skutków niefortunnej polityki przekształcania polskiej gospodarki stosownie do zasad, które uznawane były – po części błędnie – za konieczność wynikającą z przejścia do nowego ustroju. Książka zawiera nie tylko olbrzymi materiał faktograficzny, oparty na dokumentach i danych statystycznych, ale też – co jest szczególnie bulwersujące – liczne zdjęcia tego, co w wyniku zastosowanej metody transformacji ustrojowej pozostało po wielu polskich przedsiębiorstwach – takich jak Krakowskie Zakłady Telektroniczne Telkom-Telos, Zakłady Radiowe Diora w Dzierżoniowie, Kasprzaka w Warszawie, Fonika w Łodzi, a i wielu innych.

Autor w kolejnych rozdziałach od V do XXIII, z ogółem 29 rozdziałów, opisuje prywatyzacje poszczególnych branż i sektorów gospodarki, od handlu zagranicznego, przemysłu maszynowego, lekkiego, elektronicznego, ciężkiego, poprzez kulturę i sztukę, różne branże rolnictwa, po sektor finansowy i budownictwo, a nawet uzdrowiska, by w ostatnich rozdziałach poddać analizie rozwiązania instytucjonalne, takie jak Narodowe Fundusze Inwestycyjne, funkcjonowanie specjalnych bezpodatkowych stref ekonomicznych, doradztwo prywatyzacyjne i wpływ prywatyzacji na zadłużenie zagraniczne. Zamyka książkę potężna Tabela Zbiorcza ciągnąca się od strony 643 do 835, w której ujęte zostały podstawowe informacje o sprywatyzowanych, sprzedanych i zlikwidowanych przedsiębiorstwach – jest ich prawie 4 tys. Tak, to tytaniczna praca, godna Herkulesa.

Można by oczywiście wiele pisać o utraconym majątku produkcyjnym, straconych szansach rozwojowych w różnych dziedzinach gospodarki, w których teraz praktycznie nie istniejemy. Mieliśmy nieźle rozwinięty przemysł maszynowy, choć oczywiście opóźnioną w stosunku do Zachodu, ale stanowiącą znakomitą bazę rozwojową, elektronikę. To można by powiedzieć, smutna proza polskiej prywatyzacji. Szczególnie ciekawe są jednak pierwsze rozdziały, swoiste preludium, opisujące procesy polityczne, które utorowały drogę do tego, co w praktyce realizowano w przyjętym modelu przemiany ustrojowej w gospodarce. Trzeba pamiętać, co Autor trafnie zauważa, a co na Zachodzie nie jest powszechnie znane i rozumiane, a z czego i u nas młodzi często nie zdają sobie sprawy – to jest niestety słabość naszej edukacji – w okresie powojennym Polska była w szczególnie trudnej sytuacji w porównaniu z innymi krajami, bo w wyniku kataklizmu jakim była II Wojna Światowa utraciliśmy, według najbardziej dramatycznych ocen nawet 86 proc. potencjału gospodarczego, i jak się ocenia, nawet 17 mln obywateli. Według oficjalnych szacunków na skutek działań wojennych i okupacji na tysiąc obywateli II Rzeczypospolitej zginęło 220 osób, a więc prawie 1/4, a dla porównania: USA – 2,9, Belgia – 7, Wielka Brytania – 8, Francja – 15, Holandia – 22, ZSRR – 116. Przed II Wojną było w Polsce niecałe 35 mln obywateli, z czego 22 proc. to 7,7 mln. Jeśli jednak uwzględnimy ofiary spowodowane przez agresora wschodniego – pomordowanych, zesłanych, uciekinierów i emigrantów oraz skutki zmian granic Rzeczpospolitej – to wszystkich utraconych obywateli mogło być kilkanaście, a może nawet te 17 mln.

Były to bezsprzecznie straty znacznie wyższe niż krajów Zachodu: Francja straciła 8 proc. gospodarki, Wielka Brytania jak się szacuje tylko 1 proc. Zatem praktycznie aż do końca lat 70-tych ubiegłego wieku Polska musiała odbudowywać się ze zniszczeń i rabunków, jakie przyniosła nam wojna. Lata gierkowskie, podczas których dokańczano siermiężną odbudowę potencjału przedwojennego to także, co prawda dość chaotyczna, ale skuteczna, budowa nowego, w znacznej mierze opartego na licencjach, więc dość nowoczesnego przemysłu … i potem po latach stanu wojennego, obalenie nieefektywnego przecież ekonomicznie systemu tzw. realnego socjalizmu – i nastąpiła tzw. transformacja. Jak w innej znanej pracy poświęconej jej skutkom wykazano, że licząc ze względu na wartość majątku zlikwidowano 33 proc. przemysłu, wytwarzającego 37 proc. wartości produkcji, angażującego 36 proc. rąk do pracy; według nich spośród 6202 objętych analizą zakładów przemysłowych 1634 powstało w czasach w PRL-u, a zlikwidowano więcej, bo 1675, ale wśród tych zlikwidowanych 681 to były wybudowane w PRL, zatem likwidacja dotknęła także przedsiębiorstwa, które przetrwały II Wojnę Światową i po wojnie zostały odbudowane i potem jakoś rozwijane (A, Karpiński, S Paradysz, P. Soroka, W. Żółtowski, „Jak powstawały i upadały zakłady przemysłowe w Polsce”, Muza S.A., 2013).

Ale dla każdego, kto jest zainteresowany nie tyle skutkami, co dojściem do niefortunnych decyzji politycznych i politycznym tłem procesu transformacji, najciekawsze są pierwsze dwa rozdziały, gdzie Autor pokazuje drogę dojścia do tych błędnych koncepcji. Niezaprzeczalnym faktem jest, że po II Wojnie Światowej w wyniku intensywnego programu uprzemysłowienia Polska została przekształcona z kraju rolniczo przemysłowego w przemysłowy z nieźle rozwiniętymi niektórymi przemysłami, zwłaszcza hutniczym, maszynowym, stoczniowym, elektronicznym. Choć zapewne statystyki zaliczające nas do grona 10 najlepiej uprzemysłowionych krajów świata były co nieco naciągane, to nie ulega wątpliwości, że w Polsce dokonał się olbrzymi skok rozwojowy i mieliśmy solidną bazę kapitałową – jeśli pojęcie kapitału interpretujemy prawidłowo, czyli w kategoriach realnych, jako rzeczy, majątek służący produkcji, a więc zasoby trwałe (majątek, środki, aktywa) służące rozpoczęciu lub kontynuacji działalności gospodarczej. Kapitał w sensie makroekonomicznym to zatem zasób szeroko rozumianych narzędzi pracy, który powinien służyć wytwarzaniu dochodu narodowego, czyli przyczyniać się do wzrostu naszego ogólnego bogactwa i budowania miejsca Polski w świecie. Jak się dowiadujemy – ta frapująca informacja nie była znana i ważne, że Ślązak ją udostępnił – w 1989 r. Polacy w USA zorganizowali spotkanie z pewnym amerykańskim kongresmenem na temat niepodległości Polski, który stwierdził: „bardzo chętnie poprzemy Waszą niepodległość, ale co zrobić z waszym przemysłem? Wy, z waszym wykształceniem i waszym przemysłem w ciągu dwóch lat zdestabilizujecie rynki światowe i my o tym wiemy i nie mamy obrony. Musicie zredukować przemysł, musicie mieć jakiś plan jego znacznej redukcji.” Taka opinia musiała być znana polskim służbom, które powinny poinformować rządzących polityków, a ich obowiązkiem było wyciągnąć odpowiednie wnioski.

Wyjaśnijmy sobie, w czym rzecz, skąd wzięła się taka opinia amerykańskiego – w końcu podrzędnego – polityka. Istotą gospodarki kapitalistycznej jest to, że jest ona strukturalnie, czyli z podstawowych zasad jej funkcjonowania, gospodarką nadprodukcji. Z prostego powodu: klasa pracujących nie jest w stanie wykupić całego wytwarzanego przez siebie produktu, bo ogólne koszty pracy stanowią tylko część wytworzonej wartości. Skoro pracujący w przedsiębiorstwach rynkowych – czyli wytwarzających to, co sprzedaje się za cenę pokrywającą koszty i przynoszącą zysk – kupią tylko część tego, co wyprodukują, to reszta stanowi nadwyżkę, która staje się zyskiem właścicieli kapitału pod warunkiem, że zostanie sprzedana. To jest jednak możliwe dzięki istnieniu segmentów gospodarki, które dysponują dochodami ze źródeł innych niż wytwarzanie (końcowych, konsumpcyjnych) dóbr rynkowych, a więc między innymi sektorowi publicznemu (ci, którzy to przemyślą, mają szansę zrozumieć, jak ważną rolę w gospodarce pełnią podatki i w ogóle sektor publiczny), ale też dzięki eksportowi. Po to, by „upchnąć” tę nadwyżkę wypracowuje się wyrafinowane techniki marketingowe i toczy się zajadła walka na rynku wewnętrznym i o rynki zagraniczne. W toku tej powszechnej w gospodarce kapitalistycznej walki o rynki ukształtowała się w latach powojennych delikatna ale napięta równowaga, dzięki której kraje Zachodu mogły się jednak dość stabilnie rozwijać. I tu nagle pojawia się „dziesiąta potęga gospodarcza” ze swoimi ambicjami, by wejść do grona wysoko rozwiniętych państw kapitalistycznych. „Hola, panowie, nie za prędko, zbastujcie, zniszczycie nam tę kruchą równowagę, musicie zredukować swój przemysł i zamknąć w szufladzie ambicje” – taki sens miała wypowiedź – piękne, że taka szczera – amerykańskiego deputowanego.

Dla Zachodu staliśmy się zatem problemem, ale tak się złożyło, że naprzeciw niemu wyszła zapalczywa chęć dokonania szybkich zmian sprzężona z niskim poziomem kompetencji osób, którym powierzono ważne polityczne zadanie dostosowania polskiej gospodarki do nowych warunków. Nie było teorii takich przekształceń ani żadnych doświadczeń, ale kompetentni ekonomiści powinni podjąć intelektualny trud zrozumienia problemu, zaś politycy powinni wypracować organizacyjne mechanizmy wypracowania tego zrozumienia i właściwych działań, tak by nie niszcząc dorobku minionych lat, który niezaprzeczalnie istniał, wybudować nową jakość gospodarczą. Obraz ukazany przez Ślązaka jest jak „smutek minionego lata” z kabaretowej piosenki, bo jak po lecie nieuchronna jest jesień, tak po tych nieudolnych działaniach polityków i dopuszczonych do władzy niekompetentnych ekonomistów nieuchronna była klęska i gigantyczne straty polskiej gospodarki, które przekornie i z ironią, Autor tej obszernej analizy określił jako „Samozagłada” gospodarki.

Na czym polegał podstawowy błąd niezrozumienia problemu prywatyzacji. Po pierwsze, jeśli sprywatyzować, to – błędnie wnioskowano – należy sprzedać majątek państwowy prywatnemu nabywcy, który będzie odtąd kapitalistą, lub grupie osób, które będą tworzyły kapitalistyczną spółkę. Taki był podstawowy schemat myślenia, wokół którego nie podjęto rzetelnej dyskusji. Ale przecież, jeżeli jakiś majątek ma być kupowany, to musi być zasób pieniądza, czyli oszczędności na kontach. Tego zasobu jednak nie było, bo praktycznie wykasowano Polakom zgromadzone depozyty – w 1990 r. zasób pieniądza M3 w relacji do PKB wyniesiony w końcu lat 80-tych z niecałych 40 proc. do poziomu prawie 60 proc., w 1990 r. raptownie obniżył się do ok. 30 proc., mniej więcej o połowę. W tych latach, gdy Polska rozpoczęła przechodzenie na nowy ustrój relacja pieniądza M3 do PKB w krajach rozwiniętych o gospodarce rynkowej to było ok. 90-100 proc. (światowa średnia wynosiła 88 proc., w krajach OECD 97 proc.). Warto przypomnieć, że w USA w czasie Wielkiego Kryzysu (Great Depression) od lipca 1929 r. do marca 1933 r. zasób pieniądza zmniejszył się o 1/3, ale gdyby, jak pisał 60 lat temu Milton Friedman (Capitalism and Freedom), powstrzymano zasób pieniądza przed spadkiem i utrzymano na niezmienionym poziomie, kryzys byłby krótszy i łagodniejszy.

Z podstawowej wiedzy o pieniądzu wiemy, że M3 to pieniądz w obiegu, cyrkulujący, określany jako M1, oraz podstawowy zasób oszczędności zgromadzonych na kontach bankowych – te w wyniku niekompetentnie prowadzonej polityki „wyparowały”. W latach 80-tych ukuto mało sensowne, pojęcie „nawisu inflacyjnego” czyli posiadanej przez ludność jakoby nadmiarowej siły nabywczej, która w opinii ekonomicznych publicystów „wylewała się na rynek” i powodowała inflację. Ta opinia wynikała z niezrozumienia, czym są w gospodarce oszczędności i jaka jest ich rola w podziale dochodu narodowego i w systemie finansowym. Duszono więc inflację, pozbawiając Polaków oszczędności, podczas gdy dla budowania nowych struktur gospodarki kapitalistycznej miałyby one fundamentalne znaczenie. Gdy ceny rosły i spadała siła nabywcza pieniądza, co wynikało z dostosowywania się kosztów i cen do nowych warunków, należało waloryzować depozyty i należności, czyli kapitał finansowy – warto zauważyć, że uruchomienie takiego mechanizmu w warunkach każdej inflacji (także obecnej), zabezpieczyłoby realną wartość depozytów i całego zasobu pieniężnego, co by zniwelowało negatywne skutki inflacji.

Tak jakby brakowało odpowiedzialnym za politykę finansową porządnego teoretycznego backgroundu. Rolą oszczędności w gospodarce jest zabezpieczać przyszłość ludziom i podmiotom gospodarczym i służyć rozwojowi – bo dzięki posiadanym oszczędnościom łatwiej, chętniej (bez konieczności zadłużania się) dokonywane są podstawowe inwestycje i zakupy dóbr trwałego użytku, co stabilizuje ich rynek i zapewnia rozwój; to one pozwalają rozwijać się rynkowi kapitałowemu, bo popyt na rynku papierów wartościowych powstaje dzięki środkom, które inwestorzy giełdowi posiadają na kontach bankowych, to wspiera emisje akcji i zapewnia płynność rynkowi wtórnemu. Częścią rynku kapitałowego i tylko jego marginesem, są przejęcia, czyli zakupy istniejących przedsiębiorstw. Nigdzie, w żadnej gospodarce nie byłoby możliwe, by zasób oszczędności pozwolił na wykup całego majątku – na przykład od państwa, które zamierza go sprywatyzować. Wartość zasobu oszczędności jest zawsze mniejsza od wartości kapitału rzeczowego, który powstaje w wyniku wielu lat akumulacji, a tylko jego ułamek może być przeznaczony na zakupy istniejących przedsiębiorstw, zatem podstawową funkcją oszczędności jest służenie rozwojowi (zapewnienie pasywów bankom, które kredytują inwestycje i obrót) i upłynnianiu rynku finansowego (czyli obrotowi papierami wartościowymi i wyznaczaniu ich wartości). W efekcie zasób pieniądza M3 jest obecnie we współczesnych gospodarkach rynkowych o kilkadziesiąt procent większy niż PKB … w Chinach doszedł nawet do ponad 200 proc., podczas gdy w Polsce ledwo do ok. 80 proc.

W koncepcji transformacji popełniono zatem elementarny profesjonalny błąd, postulując prywatyzację poprzez sprzedaż przedsiębiorstw. Była to koncepcja z gruntu błędna. Prywatyzację należało wiązać nie z wykupem lecz z inwestowaniem generowanych sukcesywnie oszczędności w istniejące przedsiębiorstwa – czyli z pozyskiwaniem przez nie kapitału od osób prywatnych i ewentualnie uprawnionych osób prawnych (co zresztą niżej podpisany proponował na początku lat 1990-tych, ale przeszło to bez echa).

Dlatego zasobu oszczędności nie należało redukować, zgromadzony kapitał pieniężny w sytuacji deprecjacji pieniądza – waloryzować stopą inflacji i stosować fiskalne narzędzia pro-oszczędnościowe, zachęcające do odkładania dochodów i inwestowania. Należało nie kasować istniejących zasobów, lecz je rozbudowywać – a przy tym pozwalając ludziom więcej zarabiać.

Profesjonalni ekonomiści powinni wiedzieć, że często stosowaną praktyką biznesową są tzw. wrogie przejęcia. Skoro strukturalną cechą gospodarki kapitalistycznej jest stan nadprodukcji, to przedsiębiorcy raczej nie będą zainteresowani wspieraniem i rozwijaniem produkcji w innych krajach. Jeśli oferuje im się na tacy konkurencyjne przedsiębiorstwa praktycznie za darmo, to kupią je tylko po to, by usunąć z rynku, rozszerzając tym samym swoje możliwości zbytu towarów. Wręcz poraża poziom ekonomicznej niekompetencji twórców naszej polityki prywatyzacyjnej (jak zresztą i całej koncepcji transformacji), którzy lansowali ideę, wedle której polskie przedsiębiorstwa miały pozyskiwać za granicą tzw. „inwestorów branżowych”. W ich naiwnym wyobrażeniu mieli oni przejąć i rozwijać polskie przedsiębiorstwa. Tymczasem schemat wielokrotnie w Polsce powtórzony to: kupienie przedsiębiorstwa przez „inwestora branżowego”, likwidacja (to się nazywało „wygaszanie”) działów produkcyjnych i zaplecza badawczego, pozostawienie co najwyżej magazynów, by w nich gromadzić własną produkcję i w efekcie oczywiście redukcja zatrudnienia. Najgorsze jest to, że nie wyciągano żadnych wniosków, a błędna polityka finansowa i prywatyzacyjna wspierała te szkodzące naszej gospodarce aktywności biznesowe podmiotów zagranicznych. Ale te dramatyczne skutki to nie był tylko efekt w pewnym sensie naturalnych mechanizmów gospodarki rynkowej, której „solą” jest walka z konkurencją, Autor opisuje też wiele działań które robią wrażenie świadomie, celowo wrogich, realizowanych przez urzędników i polityków odpowiedzialnych za polską gospodarkę. Dzieło Ślązaka zawiera wiele takich „smaczków” działalności prywatyzacyjnej i likwidacyjnej we wszystkich praktycznie sektorach gospodarki, które warto poznać (na przykład likwidacja Warszawskiego Banku Zachodniego S.A.). Były to ”smaczki” gorzkie dla patriotów i trujące dla gospodarki.

Polska kończącego się w późnych latach 80-tych pseudo-socjalizmu zwanego komunizmem nie była oczywiście krajem „mlekiem i miodem płynącym, gdzie wydajne i dobrze zarządzane państwowe przedsiębiorstwa stanowiły o sile polskiej gospodarki” (jak ironizował internetowy polemista z poprzednim dziełem Ślązaka poświęconym temu tematowi), ale istniejące przedsiębiorstwa i socjalistyczne koncerny miały potężny kapitał rzeczowy i ludzki, który należało chronić przed upadkiem mądrą polityką finansową i wspierać w rozwoju przez nadanie kierunku generowanym oszczędnościom. Przydalibyśmy frasunku zachodnim politykom troszczącym się o delikatną równowagę zachodniej gospodarki, jak ten cytowany, a tak w gruncie rzeczy żałosny amerykański kongresmen. Ale cóż, dla nich byłby jakiś problem, ale my teraz bylibyśmy z poziomem rozwoju dużo dalej.

Ta imponująca praca byłego bankowca i doradcy ministrów oraz prezesów ważnych polskich instytucji jest wyrazem troski o Polskę i żalu, że „chcieliśmy (zapewne – J.Ż.) dobrze, ale poszło jak zwykle”. Tytuł “Samozagłada…” jest swego rodzaju ironią – przecież sama się nasza gospodarka nie zgładziła, ogrom strat, jakie dr Ślązak ukazuje, to skutek albo celowego – co trudno udowodnić, albo niezamierzonego, wynikającego z niedoboru kompetencji, marnych kwalifikacji ekonomicznych i dyletanctwa politycznego i braku takiej zwykłej ludzkiej mądrości osób, którym oddano stery polityki gospodarczej po 1988 r. Tak bym wolał, by była to tylko niekompetencja, ale niestety wiele wskazuje na to, że działania niszczące polską gospodarkę były celowe, realizowane na różne zewnętrzne zlecenia i za różne rodzaje korzyści – od tych wniosków nie da się uciec.

Jerzy Żyżyński
obserwatorfinansowy.pl
doradca prezesa NBP
Popularne pytania
Jak zamierzano wyjść z kryzysu gospodarczego po I wojnie?
Co to jest sonoselikafobiya?
Czy reklamy przed seansem w kinie są legalne?
Jak Rosjanie regulowali wzrost gospodarczy PRLu?
Dlaczego ekologiczna akcja “Godzina dla Ziemi” nie jest ekologiczna?
Które państwo najdłużej broniło się przed Czyngis-chanem?
Czy osoby dorosłe mają tyle samo kości co noworodki?
W którym kraju 3 maja również jest Dniem Konstytucji?
Czy gry wyzwalają agresję?
Czy wysoka temperatura bardziej dokucza mężczyznom czy kobietom?
Jaka najniższa temperatura została zmierzona na Ziemi?
Które zwierzęta, poza krowami, dostarczają ludziom najwięcej mleka?
Które z wymienionych przedmiotów wniesiesz na pokład rejsowego samolotu: łyżwy, broszki, widelce, łyżki, zapałki, druty ...?
Na czym polega praktyka tzw. „chodzonego małżeństwa“?