logo

biznes-ekonomia
Opakowania dźwignią handlu

Opakowania dźwignią handlu
Opakowania w PRL-u odzwierciedlały stan polskiej gospodarki. Ich wygląd wpływał m.in. na handel zagraniczny. Obecnie materiały, od których starano się wówczas odejść, stają się cenione i pożądane.

Książka Katarzyny Jasiołek „Opakowania, czyli perfumowanie śledzia. O grafice, reklamie i handlu w PRL-u” dotyczy wszelkich opakowań (od artykułów spożywczych po płyty winylowe), a także ich wpływu na handel wewnętrzny i zagraniczny, w tym na wartość obrotów handlowych. Można zaryzykować stwierdzenie, że opakowania były w tamtym czasie jedyną reklamą produktów.

Recenzowana monografia zawiera wiele interesujących informacji o tym, jak zmieniały się opakowania i ich rola na rynku reklamy. Możemy się m.in. dowiedzieć, jakie były etapy rozwoju tej branży, a także jakie czynniki, w tym surowce, na nią wpływały. Autorka zamieściła w niej również fragmenty artykułów z publikacji branżowych, informacje o projektantach opakowań (którzy zazwyczaj pozostają anonimowi), przytoczyła ich wypowiedzi. Jedyną wadą recenzowanej pozycji jest brak wyraźnej chronologii opisywanych etapów historii opakowań, co może dezorientować czytelnika.

Książka stanowi także rodzaj albumu. Uwagę zwraca przemyślana szata graficzna, w tym wzbogacające tekst rzadko publikowane fotografie.

Ekologiczne myślenie w PRL-u

W pierwszych latach po wojnie, kiedy kraj był zniszczony, nie zajmowano się kwestią opakowań. Na początku zadowalano się opakowaniami zbiorczymi, które umożliwiały transport towarów od producenta, czy pakowaniem prowizorycznym. W późniejszym okresie pojawiły się opakowania jednostkowe. W połowie lat 50. powstało czasopismo „Opakowanie”, w którym podkreślano: „Wobec szybkiego tempa rozwoju naszej gospodarki narodowej, stałego zwiększania się masy towarowej, której transport i zbyt niemożliwy jest bez stosowania odpowiednich opakowań oraz wzrostu wymagań co do ich jakości i estetyki ‒ zagadnienie opakowań urosło do rzędu zagadnień pierwszoplanowych w naszej gospodarce”.

Z powodu deficytu surowców, np. drewna czy blachy białej (wytwarzanej ze stali), pojawiał się dylemat: czy ważniejsza jest produkcja opakowań, czy lepiej wykorzystać te materiały do produkcji towarów. Najczęściej decydowano się na drugie rozwiązanie. Metalowe opakowania, np. puszki, zastępowano szklanymi, a z metalu wykonywano tylko opakowania przeznaczone na eksport. Umieszczane na opakowaniach papierowe etykiety źle reagowały na obróbkę cieplną, a farby stawały się wyblakłe. Może m.in. dlatego Polska Ludowa kojarzy się z szarością?

Z powodu dużego zapotrzebowania na szklane butelki (w 1950 r. zużyto na nie połowę wyprodukowanego szkła) stwierdzono, że konieczne jest odzyskiwanie tych opakowań od klientów. Nie było to jednak łatwe. Konsumenci wykorzystywali opakowania do własnych celów i po prostu nie opłacał się im zwrot. Aby temu zaradzić, podniesiono cenę skupu do 1 zł za butelkę, z czego 30 gr otrzymywał sprzedawca, co miało go zachęcić do współpracy. Nie przyniosło to jednak sukcesu. Zmiany nadeszły dopiero w 1954 r., kiedy Prezydium Rządu podniosło ceny skupu. Wykonano 131 proc. planu i zwrócono około 500 mln opakowań. Proces ten kontrolowało Ministerstwo Handlu Wewnętrznego. W 1960 r. zwrócono 594 mln butelek i 12 mln słoików, przez co zaoszczędzono 283 ton węgla i 66 ton sody, wykorzystywanych do produkcji szkła. W 1962 r. ogłoszono, że dzięki odsprzedawaniu szklanych opakowań konsumenci zyskali 600 mln zł. Tendencja była wzrostowa.

Dla ponownego wykorzystania szklanych opakowań duże znaczenie ma ich mycie. Jest to trudne, jeśli na rynku jest wiele różnych butelek. Występowały problemy z mechanizacją mycia, nie zawsze było ono dokładne i nie we wszystkich branżach się sprawdzało. Pod koniec lat 50. zdecydowano się na skupowanie butelek po kosmetykach i lekach, jednak po roku zrezygnowano z tego. Opakowania nie były dokładnie myte, także ze względu na ich małe rozmiary. W rezultacie pozostawały w nich szkodliwe substancje. Ponadto do zanieczyszczeń dochodziło w fabrykach. Okazało się też, że koszty wytwarzania niedużych butelek były niższe niż koszty ich odzyskiwania.

Zasady zwrotu opakowań były ustalane przez władze. Wprowadzono np. przepis, zgodnie z którym sklepy powinny odsprzedawać producentom obuwia co najmniej 40 proc. zbiorczych opakowań, w których je dostały. W 1961 r. Prezes Rady Ministrów wydał zarządzenie w sprawie gospodarki formularzami, w którym zalecił oszczędne gospodarowanie papierem, m.in. przez zmniejszanie ich nakładów, formatów oraz używanie cieńszego papieru. Kontrolowano, czy określone towary muszą być pakowane w papier, czy też można się bez tego obejść. Zmniejszano nawet rozmiary papierowych etykiet na opakowaniach. Dodatkowo w tym samym roku przy Centralnym Ośrodku Opakowań powołano Komisję do Przeprowadzenia Weryfikacji Opakowań z Papieru, Kartonu i Tektury.

Mimo niedoboru surowców do wyrobu opakowań starano się ich nie importować (co nie zawsze się udawało, np. w 1980 r. 80 proc. blachy białej na opakowania sprowadzono z zagranicy), gdyż produkcja opakowań jest zyskowna dla gospodarki. Dla przykładu według Centralnego Ośrodka Opakowań w 1961 r. wyprodukowano opakowania o łącznej wartości 7,490 mld zł, a w 1963 r. o wartości 9,053 mld zł. Widząc, że produkcja opakowań przynosi zyski, próbowano poprawić ich jakość. W monografii obserwujemy też, jak za pośrednictwem regulacji prawnych władze angażowały się w rozwój tworzyw sztucznych.

Katarzyna Jasiołek w swojej książce zwraca uwagę na odmienne podejście do opakowań w komunistycznej Polsce i na Zachodzie. Według założeń gospodarki centralnie sterowanej koszt ich produkcji miał być minimalizowany, ponieważ ponosi go nabywca towaru. Im droższe opakowanie, które ma być reklamą towaru i dać zyski producentowi, tym większy koszt dla klienta. Nie jest też potrzebne w walce na wolnym rynku, którego nie było. W PRL-u (głównie na początkowym etapie) opakowanie miało jedynie chronić produkt przed czynnikami zewnętrznymi.

Złe opakowania ograniczają handel

Przykład lat 50. i 60. pokazuje, jak opakowania budują pozycję towarów na zagranicznych rynkach. W tym czasie w Polsce nie przywiązywano wagi do wyglądu opakowań ‒ i tak sprzedawało się wszystko. Produkty eksportowane za granicę musiały jednak sprostać konkurencji. Polskie opakowania przegrywały tę walkę na wielu frontach, a przecież dzięki handlowi zagranicznemu państwo otrzymywało dewizy. Było więc o co walczyć. W 1957 r. powołano Komisję ds. Opakowań, w której zasiadali przedstawiciele różnych ministerstw, a w 1958 r. Centralny Ośrodek Opakowań, który miał zadbać o poprawę jakości i funkcjonalności opakowań. Głównym problemem ich były rozmiary, np. marmoladę eksportowano w 10-kilogramowych drewnianych skrzyniach, a kwaszoną kapustę w puszkach po 9 kg. Z powodu braku wytrzymałych torebek z tworzywa sztucznego wiele polskich firm nie mogło znaleźć zagranicznych kontrahentów. Problem ten zgłaszały głównie centra handlu zagranicznego, argumentując, że gdyby poprawiła się jakość opakowań, zwiększyłby się eksport. Zwracano też uwagę, że towar bywa oferowany luzem, a jeśli są już opakowania, to nieestetyczne. Otrzymywano także reklamacje z powodu zniszczenia towaru. Co więcej, na etykietach często brakowało informacji np. o wadze netto. Przykładem tego, jak sposób opakowania lub jego brak hamują eksport, jest syrop ziemniaczany. Jak pisze autorka, z powodu braku żelaznych beczek jego sprzedaż została wstrzymana na rok i wznowiono ją dopiero, gdy zaczęto je importować. Opisuje też sytuacje, że aby doszło do transakcji, zagraniczny klient musiał najpierw dostarczyć opakowania.

Zdarzało się też, że choć jakość towarów była wysoka, to nie zamawiano ich z powodu brzydkich opakowań. Władze zrozumiały, że jeśli chcą pozyskać dewizy, to opakowania muszą być atrakcyjne. Rozwiązaniem tego problemu miała się zająć Komisja do Zagadnień Opakowań Eksportowych powołana w 1962 r. Zaczęto postrzegać opakowania jako sposób na promowanie kraju przez rodzime wzornictwo.

Na rynku wewnętrznym stosunek do opakowań zmienił się pod wpływem rozwoju sklepów samoobsługowych (pierwszy powstał w 1956 r. w Białymstoku). Towar musiał sam się reklamować, nie robiła już tego ekspedientka, a zachętą mogło być właśnie atrakcyjne opakowanie. Z czasem zaczęto też odchodzić od sprzedawania towarów luzem. Już w 1961 r. opakowania miało od 70 do 90 proc. produktów spożywczych. Produkty sypkie, np. mąkę, zaczęto sprzedawać w papierowych torebkach.

Minusem była jednak słaba jakość opakowań, które podczas transportu ulegały zniszczeniu. Autorka książki podaje przykład cukierków Wawel ‒ zdarzało się, że torebki pękały i importer musiał ponosić koszty ponownego pakowania.

Ponieważ zniszczeniu na trasie od producenta do miejsca sprzedaży ulegało około 20 proc. opakowań, dążono do zastąpienia ich bardziej wytrzymałymi opakowaniami z tworzyw sztucznych. Przełom nastąpił w latach 70. w związku z importem technologii, szczególnie produkcji tworzyw sztucznych. Wraz z kryzysem gospodarczym w 1980 r. opakowania znowu straciły na znaczeniu i wrócono do wcześniejszych rozwiązań.

To, jak bardzo niedostatek opakowań z tworzyw sztucznych utrudniał handel, również widać na przykładzie cukierków. Nowe materiały umożliwiały zwiększenie sprzedaży cukierków niezwijanych, dzięki czemu oszczędzano tekturę i blachę (wcześniej 90 proc. sprzedawano w blaszanych puszkach), a także lepiej je chroniono. Opakowania z tworzyw sztucznych ułatwiały także inwentaryzację i były wygodne dla sprzedawców, ponieważ nie musieli odmierzać towaru i pakować go dla każdego klienta.

Na przełomie lat 60. i 70., kiedy pojawiło się więcej produktów, zaczęto tworzyć nazwy i marki, gdyż do tej pory część towarów była anonimowa. Było to jednak niełatwe zadanie, ponieważ, jak pisze autorka, rejestracja znaku towarowego wymaga podania właściwości produktu, a to oznacza standaryzację, której wymogów nie spełniało wiele przedsiębiorstw.

Także w handlu wewnętrznym w sprawę zaangażowały się władze. Na początku lat 60. powstała Komisja Estetyki Opakowań, a następnie wiele branżowych komisji w całym kraju, których zadaniem była weryfikacja zgodności opakowań z normami. W ciągu pierwszych 18 miesięcy jej działalności sprawdzono 30 tys. opakowań i odrzucono 16 tys. z nich.

Przeszłość źródłem inspiracji dla ekologicznych rozwiązań

Po lekturze recenzowanej monografii nasuwa się kilka refleksji dotyczących współczesnego podejścia do kwestii opakowań.

Niektóre materiały stosowane do ich produkcji wydają się obecnie bardziej ekologiczne ‒ np. szkło. W PRL-u starano się jak najwięcej produktów umieszczać w szklanych opakowaniach, ponieważ alternatywą była blacha, będąca towarem deficytowym. W przypadku szklanych opakowań problemem jest jednak ich transport, a także ciężar. Wiele z nich ulegało zniszczeniu, co powodowało straty. Z kolei papier (drugi najbardziej obecnie promowany surowiec) ma wiele wad, ponieważ jest mało wytrzymały i stanowi słabą ochronę. Z tego powodu postawiono na opakowania z tworzyw sztucznych, gdyż, jak pisze autorka, „nie wpływają na jakość produktu, nie ulegają korozji, nie przepuszczają powietrza, nie nasiąkają wilgocią ani tłuszczem, są plastyczne i można je zadrukować”.

W marketingu kolor ma znaczenie, a szary czy brązowy, postrzegane dziś jako „ekologiczne”, były w tamtym okresie mało zachęcające. Ponadto większość szklanych opakowań miała etykiety z papieru gazetowego, które nie tylko były nieestetyczne, lecz także szybko ulegały zniszczeniu.

Ekologiczna z pewnością jest możliwość ponownego wykorzystania opakowań w gospodarstwie domowym. W PRL-u drugie życie zyskiwały np. szklane opakowania po musztardzie (słynne „musztardówki”), puszki po cukierkach czy kawie. Przyczyniał się do tego również wygląd opakowań. Aby poprawić ich estetykę, organizowano konkursy i wystawy, w których brali udział twórcy z całego kraju.

Książkę Katarzyny Jasiołek warto polecić m.in. dlatego, że nie dotyczy jedynie przeszłości, ale ma także odniesienie do teraźniejszości. Współcześnie, inaczej niż w PRL-u, obserwuje się proekologiczne podejście do kwestii opakowań. Dąży się m.in. do ograniczania ich ilości oraz zachęca do rezygnacji z plastiku i produkowania opakowań z surowców naturalnych ‒ szkła, drewna, metalu. Być może, paradoksalnie, rozwiązania z czasów komunizmu okażą się przydatne?

Katarzyna Zarzecka
obserwatorfinansowy.pl
Absolwentka Stosunków Międzynarodowych na UW, zainteresowania - region Bliskiego Wschodu
Popularne pytania
Co można zrobić z wodą po ugotowanych ziemniakach?
Ile włosów trzeba stracić, aby było to widoczne?
Jak ekologicznie sprzątać mieszkanie?
Którego kraju flaga znajduje się na zdjęciu?
Czy podczas biegu powinno się wysoko unosić kolana?
Ile Ferrari zarabia średnio na jednym samochodzie?
Ile kosztuje wykonanie symulacji Wielkiego Wybuchu w Zderzaczu Hadronów?
Czy chleb z pajęczyną pomaga w gojeniu ran?
W której polskiej miejscowości przez 113 dni w roku można obserwować zjawisko pozornej nocy polarnej?
Ile należy spać, aby ograniczyć ryzyko zawałów?
Która rzecz zbudowana przez człowieka jest najdroższa?
Kinga to zdrobnienie od jakiego imienia?
Czy istnieje kolor “majtkowy”?
Czy typowy "Pudzian" miałby szanse zostać antyterrorystą?