logo

biznes-ekonomiaMechanizm nędzy – studium przypadku „rajskiej” wyspy

Mechanizm nędzy – studium przypadku „rajskiej” wyspy

Serwis nie ma dotacji z Unii czy państwowych firm, są tylko 2 nieinwazyjne reklamy Googla, bardzo prosimy o wyłączenie adblocka

Słyszysz Haiti, myślisz – znój, głód i nędza. A to przecież Karaiby, gdzie słońce, biały piasek i piękne palmy na plażach. Nie umierać, a żyć w takim raju by się chciało. Czyżby spadła na niego i na jego mieszkańców klątwa? Spadła, ale nie nadprzyrodzona, a w pełni materialna.



Będzie zatem o biedzie do sześcianu i tych, którzy do niej doprowadzili, choć od ponad dwustu lat wołają wszem i wobec „Liberté, égalité, fraternité, ou la mort!” I właśnie tylko śmierć z tego zawołania spełniała się na wyspie. To na wybrzeżu tej wyspy, nazwanej przez niego Hispaniolą, wylądował Krzysztof Kolumb w pierwszej swej podróży do Indii w 1492 r. Prawie półtora wieku później, na pobliskiej Tortudze zjawili się piraci, zwani bukanierami, łupiący kogo się dało w imieniu i pod ochroną władcy Francji. Minęło kilka dekad i w 1697 r., w ramach Traktatu z Rijswijk, Hiszpanie zgodzili się podzielić wyspę na część francuską Saint-Domingue – dziś Haiti oraz hiszpańską San Domingo – dziś Dominikana.

Nabytek sam w sobie był wspaniały, a wraz z kolejnymi transportami niewolników z Afryki błyskawicznie nabierał wielkiej wartości. Przez 100 lat sprowadzono na Saint-Domingue ok. 3 mln ludzi w kajdanach i pętach. Co roku od 25 tys. do 40 tys. umierało z wyczerpania, głodu, chorób i w wyniku bestialstwa właścicieli. Nie było na tym tle żadnej afery, bowiem biznesowe efekty katorgi „czarnych” były lepsze niż zakładano.

W przededniu rewolucji francuskiej kolonia na Saint-Domingue wytwarzała więcej niż hiszpańskie i angielskie posiadłości na Karaibach razem wzięte. W sprawozdaniach odnotowano skrupulatnie, że działały tam 793 plantacje trzciny cukrowej, 3117 – kawy, 789 – bawełny, 3150 – indygo, 54 – kakao, 182 destylarnie, 370 – wapienników. W transporcie bogactw do metropolii użyto ponad 1500 statków.

Haiti na mapach wielkiej polityki

Żeby zrozumieć szerszy kontekst, musimy cofnąć się w czasie o kilka dekad oraz w miejscach na mapie, przemieszczając się z wyspy na ląd. W połowie XVIII w. wielkie tereny dorzecza Missisipi były pod kontrolą Hiszpanów, którzy jednak już słabowali. Kiedyś asy i króle w globalnej talii, wtedy już tylko walety i coraz częściej tylko blotki. Hiszpanie otrzymali te ziemie od Francuzów, którzy nazwali je Luizjaną, od imienia swego króla Ludwika XIV. Także w Ameryce Francuzi rywalizowali z Brytyjczykami, ale tam z nimi przegrywali. Uznali, że nie utrzymają kontroli nad Luizjaną, więc lepiej oddać ją słabszemu państwu, niż żeby wpadła do koszyka rosnącego w siłę Londynu.

Minęło kilka dekad. W 1800 r. świat widziany z Europy kręcił się już niemal wyłącznie wokół Francji. Napoleon Bonaparte wymusił na Hiszpanach tajną umowę, nazwaną potem Traktatem z Ildefonso. Na jego mocy Francja odzyskała zwierzchność nad wielkim obszarem Luizjany rozciągającym się aż po Góry Skaliste i Kanadę. Nie stała za tym wyłącznie rutynowa kalkulacja, że im więcej ziemi, tym lepiej. Koncept był bardziej wyrafinowany, a główne w nim miejsce wyznaczono dla produkcji cukru na Haiti.

Na przełomie XVIII i XIX w. cukier był produktem wykwintnym, choć wraz ze wzrostem podaży taniał. W połowie XVIII w. funt cukru kosztował w Londynie ówczesnych 6 – 8 pensów, czyli od 4 do ponad 5 dzisiejszych funtów, kiedy płaci się zań ok. 30 pensów. Światowym centrum produkcji były Karaiby. Niskie koszty niewolniczej robocizny niwelowały z wielkim naddatkiem wysokie koszty transportu cukru do Europy. Interes był wspaniały. Nie zaszkodziło mu rozpowszechnienie cukru buraczanego, który długo odgrywał rolę słodyczy dla ubogich. Warto wiedzieć, że pierwszy cukier buraczany został wyprodukowany w 1801 r. na Dolnym Śląsku, w miejscowości Cunern lub Kunern, która dziś nazywa się Konary (pow. Wołów), przez Franza Karla Archarda.

Bonaparte zdawał sobie sprawę z kolosalnych zysków z uprawy trzciny cukrowej z wykorzystaniem niewolników. Kalkulował przy tym, że z Karaibów do Europy daleko, a do Nowego Orleanu bliżej. Z tamtejszego portu można było z kolei płynąć Missisipi i jej dopływami tysiące kilometrów w głąb Ameryki. Zamysł był taki, że cukier miał być z Haiti oraz innych posiadłości karaibskich, a Luizjana miała rosnąć jako coraz pojemniejszy rynek zbytu.

Napoleon toczył jednak zbyt wiele wojen, żeby mieć jeszcze czas pilnować biznesów za Wielką Wodą. Anglicy blokowali Francję od strony morza i w efekcie cukier zaczęto wytwarzać z buraków. Jakby tego było mało, trwał zapoczątkowany w roku rewolucji francuskiej bunt pół miliona czarnoskórych na Haiti, którego nie udawało się zdusić przez lata. Bonaparte postanowił z tym skończyć i wysłał na wyspę wojska, w tym legiony polskie z 3. Półbrygady Dąbrowskiego. Stracił jednak w okrutnej wojnie i w epidemii żółtej febry całą armię, więc dał sobie z Haiti spokój.

Cena za uznanie niepodległości nie do zapłacenia

W 1804 r. Haiti ogłosiło swą niezależność od Francji. W wyniku tarć wewnętrznych, w 1806 r. kraj podzielony został na pół. Na północy rządził król Henry Christophe, a na południu prezydent Alexandre Pétion. We Francji, po obaleniu Cesarza pokonanego pod Waterloo, na tron wrócił Ludwik XVIII i niemal natychmiast wysłał na Haiti trzech komisarzy z misją oceny skłonności nowych włodarzy tej części wyspy do powrotu do statusu quo ante. Christophe ani myślał zgodzić się na powrót niewolnictwa i zagroził Francuzom wojną, dziś powiedzielibyśmy, totalną. Z kolei Pétion był skłonny do negocjacji. W zamian za uznanie niepodległości rozważał przekazanie Francuzom rekompensaty finansowej. Zaproponował 15 mln franków, czyli tyle, ile wynosiła cena Luizjany sprzedanej przez Napoleona Stanom Zjednoczonym w 1803 r. U podstaw transakcji francusko-amerykańskiej było przekonanie Bonapartego, że bez Haiti i cukru z wyspy Luizjana straciła wielką część swej potencjalnej wartości.

Ludwik XVIII był arogantem i arystokratycznym bucem, a nowe elity haitańskie miał za zbiegów do schwytania. W tajnym zapisie ustaleń Kongresu Wiedeńskiego zdobył poparcie wszystkich europejskich potęg. Francja mogła użyć „jakichkolwiek środków, w tym wojskowych, do odzyskania Saint-Domingue lub do przywołania ludności kolonii do porządku”.

Następca zmarłego niespodziewanie Pétiona – Jean-Pierre Boyer nie zerwał rozmów o unormowaniu relacji z byłą metropolią, które wskutek oporu Północy nie posunęły się jednak do przodu. W 1820 r., po śmierci króla Christophe’a, Boyer doprowadził do unifikacji kraju, nadal molestując Francję w sprawie uznania niepodległości Haiti, zwłaszcza, że morski kordon Francuzów wokół kraju uniemożliwiał lub bardzo utrudniał zamianę towarów z wyspy na gotówkę z ich eksportu.

Jednak następca Ludwika XVIII, jego brat Karol X, również odrzucał haitańskie supliki popierane wizją wypłaty Francuzom odszkodowań w złocie. Jednym z punktów niezgody była odmowa uznania przez Haitańczyków, że w „sensie prawnym mieszkańcy wyspy byli własnością Francji w formie zasobu ludzkiego”. W 1825 r. król Francji zmienił jednak zdanie. Wydał dekret, w którym ogłosił, że uzna niepodległość Haiti w zamian za 150 mln franków, czyli za pieniądze 10 razy większe od tych zapłaconych zaledwie dwie dekady wcześniej za wielką Luizjanę. Kwota ewentualnej rekompensaty była większa od 10-krotności ówczesnego, rocznego budżetu Haiti. Formalnie chodziło o zadośćuczynienie byłym kolonistom za utracone dochody z niewolnictwa (sic). Pobrzmiewają tu echa sprytnej koncepcji jednego z francuskich ministrów rozmyślającego o wprowadzeniu „un nouveau genre de colonisation… la colonie commercial”, czyli kolonii dla samych zysków, „bo po jaką cholerę nam koszty?”.

Za dekretem poszły czyny. Francuzi wysłali na Haiti eskadrę 14 okrętów wojennych uzbrojonych w 300 dział. 11 lipca 1825 r., pod lufami armat wymierzonych w Port au Prince, Boyer podpisał rozporządzenie stanowiące, że „obecni mieszkańcy francuskiej części Saint-Domingue zapłacą (…) w pięciu równych ratach (…) kwotę 150 mln franków, z przeznaczeniem na odszkodowania dla byłych kolonistów”.

Jedynym źródłem pieniędzy dla rządu Haiti mógł być eksport cukru i innych płodów rolnych. W 1825 r. całkowita wartość eksportu z Haiti wynosiła 30 mln franków, czyli wartość jednej raty. Z powodu braku podstawowych informacji niesłychanie trudno jest przełożyć nałożony na Haiti ciężar na warunki współczesne. Wyobraźmy sobie jednak dzisiejszą Polskę z jej eksportem w wysokości ponad biliona, czyli ponad 1 000 mld zł i konieczność zwracania takiej samej kwoty komuś obcemu przez pięć kolejnych lat.

Ogrom kontrybucji nałożonej na Haiti uwidacznia się także na tle historycznych danych budżetowych z Francji. W 1825 r. dochody budżetowe do dyspozycji rządu wielkiego mocarstwa wyniosły 939 mln franków, ledwo sześć razy i trochę więcej niż mieli zapłacić byli niewolnicy, bez żadnych szkół i doświadczenia w czymkolwiek poza machaniem motyką i maczetą. Świat był oburzony, choć była to czysta hipokryzja. Londyński „The Times” zauważył wtedy, że (wyznaczona Haiti) „cena była ogromna i na jej wypłacenie stać byłoby zaledwie kilka państw Europy”.

Dług staje się podwójny

Odszkodowanie miało być spłacone w równych ratach. Dla porównania pierwszy lepszy skazaniec miał większe szanse zerwać się z łańcucha, niż Haiti podołać takiemu ciężarowi, ale mimo to podjęto rękawicę. Skutkiem wypełniania ugody z metropolią był tzw. podwójny dług haitański. Gdy zabrakło kolonistów z ich umiejętnościami i koneksjami, a u steru stanęli byli niewolnicy bez rzetelnego przygotowania do czegokolwiek, gospodarka Haiti gasła w oczach i nie było pieniędzy.

Gotówkę na pierwszą ratę w wysokości 30 mln franków uregulowaną już w 1825 r. uzyskano poprzez emisję obligacji, które były przedmiotem obrotów na paryskiej giełdzie. Za emisję obligacji bankierzy pobrali jednak ogromną prowizję w wysokości 20 proc., tj. 6 mln franków. Rząd Francji otrzymał zatem „jedynie” 24 miliony. Do zwrotu były natomiast coroczne odsetki od obligacji (60 franków od każdego tysiąca) w wysokości 1,8 mln franków, potem kapitał i jeszcze 6 mln tytułem prowizji. Jeden dług zamienił się w dwa: wobec państwa francuskiego i wobec banków. Pieniądze na drugą ratę pożyczono w banku Jacques’a Lafitte. I tu warunki też były paskarskie: do zwrotu było siedem i pół razy więcej, bowiem 227,5 mln w 35 rocznych ratach, po 6,5 mln franków każda. Wkrótce po uregulowaniu drugiej raty odszkodowania wobec Francji, mimo nałożenia na wieś specjalnego podatku w celu wymuszenia większej produkcji i wprowadzenia z braku kruszców pieniędzy papierowych, Haiti ogłosiło niewypłacalność.

Francja nie przyjmowała tego do wiadomości. Kolejny i już ostatni król Francji Ludwik Filip wysłał w 1838 r. na wyspę kolejną ekspedycję złożoną z 12 okrętów, które bujały się na kotwicach w stołecznym porcie, gdy podpisywano „Traktat o Przyjaźni’ (sic). Zgodnie z nowym porozumieniem pozostające do spłaty zadłużenie Haiti wobec Francji zostało zredukowane do 60 mln franków. Razem z tym już spłaconym dawało to 90 mln franków. Przez następne lata, na potrzeby obsługi podwójnego zadłużenia pozostającego do spłaty, Haitańczycy pożyczyli w bankach 166 mln franków. Ponieśli zatem koszty w proporcji 60:166, czyli 1:2,76. Dług wobec Francji spłacili wg jednych źródeł w 1893 r., ale wg innych w 1910 r., a wobec banków – dopiero w 1947 r.

Odbyło się to niesłychanym wysiłkiem. Haiti było biedne, małe, samotne i z braku kapitału bez szans na rozwój. Krajem rządzili satrapowie bez grama oleju w głowach, co zresztą nie było ich winą. Bardzo wąskie „elity” żyły w dostatku, cała reszta ludności w nędzy i beznadziei. Nie było w interesie watażków przeciwstawianie się Francji i Ameryce w formie odmowy spłaty długu, bo mogłoby się skończyć interwencją i utratą władzy, a wraz z nią ekstremalnie uprzywilejowanej pozycji materialnej.

W końcu XIX stulecia 80 proc. środków wypracowywanych przez biedaków z Haiti szło na obsługę zadłużenia. Relatywnie suwerenne państwo stało się terytorium zależnym najpierw od francuskich, potem niemieckich, a w końcu – amerykańskich banków. Słowo „zależność” nie pełni tu funkcji paraboli. Pod ścisłym nadzorem Société Générale, by właściwie obsłużyć zadłużenie, utworzony został Banque Nationale de la République d’Haïti, który przez następne pół wieku służył jako skarbiec Haiti, choć siedzibę miał w Paryżu. BNRH nadzorował walutę kraju, ustalał terminy spłat zadłużenia, zarządzał dochodami z cła eksportowego, bo importu przecież niemal nie było. Wielkie pieniądze to i wielkie afery, których koszty dopisywano do rachunku dla Haiti. Kraj stał się marionetką międzynarodowej finansjery i przedmiotem polityki imperialnej.

W 1891 roku New York Herald napisał, że „zostawić Haiti samemu sobie, to pozwolić podążyć mu ścieżką prowadzącą do barbarzyństwa”. W 1914 r. prezydent Woodrow Wilson, który wsparł niepodległość Polski, wysłał na Haiti żołnierzy piechoty morskiej (marines), m.in. z zadaniem odbioru pół miliona dolarów należnych ówczesnemu National City Bank, znanemu dziś jako Citibank. Peter James Hudson twierdzi w książce „Bankers and Empire: How Wall Street Colonized the Carribean” („Bankowcy oraz Imperium: Jak Wall Street kolonizowała Karaiby” – tłum. red.), że operacja haitańska z udziałem kanonierki USS Machias odegrała istotną rolę w przemianie tej instytucji w bank o zasięgu światowym.

Nie skończyło się jednak na wymuszonej zapłacie. Wkrótce potem USA rozpoczęły formalną okupację Haiti, która trwała od 1934 r. Pretekstem było zabójstwo haitańskiego prezydenta, który zginął w rewanżu za pozbawienie życia wielu swoich oponentów. Amerykanie przejęli kontrolę nad finansami państwa. W rezultacie 40 proc. dochodu narodowego szło na regulowanie zobowiązań wobec banków z USA i Francji. Jakikolwiek rozwój ekonomiczny kraju stał się marzeniem ściętej głowy. Pod nadzorem USA uchwalona została nowa konstytucja zezwalająca obcokrajowcom nabywać ziemię. Ogłoszono masowy pobór do tzw. służby cywilnej, czyli de facto do prac przymusowych, niekiedy nawet bez bieda-zapłaty i w kajdanach. Amerykanie podkreślają, że zbudowali wówczas duży kawał infrastruktury i system edukacji, ale metodami już się nie chwalą. Część ludności nie pozostawała bierna. Przez długie lata marines walczyli z chłopskimi powstańcami, którzy nazwali się „cacos”. Bestialstwa po obu stronach były powszechne. Ofiar śmiertelnych było od 15 do 50 tys.

Rodzimi właściciele skrawków ziemi nie byli w stanie przeciwstawić się kapitałowi amerykańskiemu dążącemu do zakładania nowych plantacji. Nożem w plecy chłopów były nowe podatki nakładane przez okupantów w celu zbierania pieniędzy na zapłatę zobowiązań wobec banków z Wall Street. Bellegarde Smith oszacował, że nieznośne warunki zmusiły do opuszczenia Haiti aż 600 tysięcy z dwóch milionów ówczesnych mieszkańców. Do USA by ich nie wpuszczono, więc przekraczali granicę z Dominikaną lub przeprawiali się na Kubę. W efekcie zamierało własne rolnictwo, nie tylko drobnotowarowe, ale także uprawa i hodowla prowadzona na własne potrzeby.

Francja nie zadośćuczyni

Taki był z grubsza bieg zdarzeń, które zaprowadziły Haiti na szczyty wszelkich możliwych zestawień biedy, zacofania i beznadziei. Nie godzi się wypominać Haitańczykom ich krwawych dyktatorów, na czele z Papa Doc i jego synem Baby Doc – Duvalierami, bo wyczerpani wysiłkami, by przeżyć kolejny dzień, nie mieli przez stulecia sił na walkę o więcej. W 200-lecie Haiti prezydent Jean-Bertrand Aristide wezwał Francję do wypłaty reparacji za te krzywdy w wysokości 22 mld dol., czyli po ok. 100 mln za każdy rok w nędzy. Zarówno wtedy, jak i w 2010 r., po wielkim i tragicznym w skutkach trzęsieniu ziemi, władze francuskie odmówiły rozmowy.

Mediana rocznych dochodów przeciętnej francuskiej rodziny jest dziś 70 razy większa niż mediana jej haitańskiej odpowiedniczki. Rosnąć na wyzysku Francja mogła, a wymawiać jej tego nie wypada?

Dla przyszłości świata istotniejsze jest wyzwolenie z biedy miliardów ludzi z byłego III świata, niż pochylanie się nad krzywdą Francuzów w żółtych kamizelkach (gilets jaunes), w najgorszym razie na dobrym zasiłku; czy niegdysiejszych, białych aktywistów z „Occupy Wall Street”, którym w przeciwieństwie do ich czarnych ziomków pieniędzy na godne życie i rozrywki jednak starcza.

Jan Cipiur, Dziennikarz ekonomiczny, publicysta Studia Opinii, obserwatorfinansowy.pl
Popularne pytania
Czy "brzuszki" są dobrym ćwiczeniem na płaski brzuch?
Co znajduje się na zdjęciu?
Ile krwi traci kobieta z powodu miesiączki w ciągu całego swojego życia?
Kiedy można wstać od stołu?
Które pokarmy trawi się najszybciej?
Kto jest bardziej agresywny, leworęczni czy praworęczni?
W których krajach świata otyłość uchodzi za ideał kobiecej urody?
Czy w Polsce obowiązywał kiedyś ruch lewostronny?
W jakich jednostkach w carskiej Rosji mierzono masę?
Jak pingwiny robią kupę?
Które materiały w kuchni lubią bakterie?
Gdzie jest najwięcej winnic?
Ile trzeba grać w siatkówkę, żeby spalić jednego pączka?
Czy rosyjscy rewolucjoniści wspierali Polaków w walce o niepodległość?